07.09.07

Tydzień pierwszy

Posted in Irlandia at 19:53

Uznałem, że lepiej nie robić sztucznego ruchu, toteż umieszczam wspomnienia z całego pierwszego tygodnia.

01.07.2007

Pobudka o 5:30. Na lotnisku kolejka do bramek (kto wymyślił, żeby trzy loty z 10:40-10:45 odprawiać w 40 minut jednym wejściem?), wyczytywali mnie jako spóźnionego, ale zdążyłem. Samolot wyleciał z opóźnieniem, ale nie było źle. W każdym razie kierowca dowiedział się że będzie opóźniony nieco więcej i w Irlandii godzinę go szukałem zanim dojechał na lotnisko. Podróż do Droghedy była w porządku, jeśli pominąć prowadzenie busa 150 km/h jedną ręką, nieużywanie kierunkowskazu i robienie tego na raz w gęstym deszczu na dość zapchanej autostradzie. W każdym razie jest 16:40 (zmiana czasu, więc nie śpię od 4:30). Jestem całkiem zmęczony, roaming mnie dobija (a raczej świadomość, że rachunków nie odbiorę sam…).

Mieszkanie jest ok. W zasadzie to dom, nie mieszkanie, taki szeregowiec sympatyczny. Wszystko jest, sam mam sobie gotować. Tak w ogóle to mieszkam z Eleanor – pracuje w The Bank of Ireland, ma nieważne ile lat (oczywiście wygląda na 18 :) ). Jest sympatyczna, miła, trochę na razie rozmawialiśmy. Muszę się przyzwyczaić, bo Irlandczycy mówią dość specyficznie. Dwa kilometry stąd jest kościół. Jeszcze spróbuję wysępić jakąś mapę, żeby upewnić się, czy droga jest rzeczywiście tak prosta, jak mówił to taksówkarz. O 19 Msza.

Eleanor zawiozła mnie do kościoła St. Mary’s. Msza zaczęła się o 19. Koncelebrował ksiądz z Polski, który ponoć ma uczyć języka tu w Droghedzie w lipcu. W ogóle to chyba był pogrzeb. Czemu chyba? Nie zauważyłem trumny podczas procesji wejścia. Kazanie było o życiu, owszem, ale właściwie przez całą Mszę ksiądz odprawiał, jakby trumny tam nie było, było wiele intencji – tak jakoś nie pogrzebowo. Przy trumnie żadnej rodziny, pierwsze ławki właściwie puste. Po Mszy księża uklękneli, ominęli trumnę i poszli do zakrystii, a trumna stała jak stała, jakby jej tam normalnie nie było…

Ze Mszy wyszedłem i postanowiłem zobaczyć, co jest w centrum. Pełno otwartych restauracji i barów, i tu zonk – zostałem zewangelizowany! Idę sobie, grupka śpiewa pieśni uwielbienia, gość do mnie podchodzi i mi wręcza płytę, mówiąc że to za darmo. Zapytałem, czy zbierają jakieś pieniądze, bo nie wiedziałem co to za akcja, a w odpowiedzi usłyszałem, że nie, że to prezent dla mnie. Właśnie słucham. W każdym razie porozmawiałem z nim, opowiedziałem, że przyjechałem na praktykę, takie tam. Zapytał, czy chadzam do kościoła i gdy usłyszał, że właśnie wracam ze Mszy, uśmiechnął się i powiedział, że to wspaniale. Podbudowało mnie to jakoś. Życzył mi udanego pobytu. Na płycie jest podany adres worshipireland.com – obejrzę jak będę miał dostęp do sieci.

Co tu powiedzieć o Irlandii? Zielona i mokra. Ostatnie słońce widziałem zanim zeszliśmy pod chmury i pewnie zbyt szybko nie zobaczę. Morze jest blisko, ale jeszcze do niego nie dotarłem. Ale chyba wiem jak, więc jutro spróbuję. Ale muszę jeszcze zrobić zakupy jakieś, mapę muszę kupić, bo chodzenie „na czuja”, gdy się nie ma wyczucia, nie należy do najrozsądniejszych. Muszę też się przyzwyczaić, bo oni wszyscy mówią „ajrysz inglysz” i do tego szybciutko, więc nie wyrabiam. Ale generalnie póki co mi się podoba.

Jest 22:00, nie śpię od 17,5 godziny. Jutro spróbuję odzyskać system z ustawieniami fabrycznymi, bo trochę zasmiecony jest obecnie. Może też uda się ustawić od nowa Ubuntu, bo przy pierwszej próbie odzysku nadpisałem tylko boot load sector i nic się nie zmieniło. Chyba muszę usunąć cały podział na partycje, ale to jakoś już powinienem rozwiązać, więc się tak tym nie martwię. Wszystko poza tym plikiem jest zarchiwizowane. Może ten też nie zapomnę uratować :P Od niechcenia jeszcze raz sprawdziłem dostęp do wifi i wyskoczyło jakieś eircom, więc chyba jest nadzieja. Zobaczymy. Eircom1672 6410.

Będę starał się codziennie robić jedno-dwa zdjęcia Droghedy.

02.07.2007

Robi się ciekawie. Rano wstałem, herbata, bułka i Wendy przyjechala po mnie. Od jutra mam chyba dojeżdżać autobusem. Dziś na pewno nim wrócę, o 16:30. Poznałem Alana I Shane’a, z którymi jestem w pokoju. Neil ma dołączyć za tydzień, bo ma urlop, a ja do tego czasu będę siedział przy jego biurku. Obejrzałem dziś siedzibę, byłem w fabryce zobaczyć nowy mainframe, posłuchałem o problemach z przełącznikiem omijającym zasilanie z UPS, trochę rozmów z pracownikami IBM z pytaniem, czemu jest jakaś wtyczka, która pojawia się w jednym nieistotnym zdaniu w instrukcji, bez objaśnienia jej znaczenia i nie pojawia się na żadnym rysunku w tejże. Dostałem informację jaki jest mówj login, jaki email, czytam właśnie jak powinienem zgłaszać problemy z rzeczami związanymi z działem IT. Dostałem też możliwość połączenia się z netem przez modem 3G z Vodafone, ale nie działa na Viście. Jak mi uruchomią konto, pogooglam za rozwiązaniem. Poznałem już za dużo pracowników, więc zaczynam zapominać pierwsze imiona. W fabryce pracuje Barry, który też się uczy i ma tu praktykę, tak przynajmniej zrozumiałem. Na obiad miałem szaszłyka z sałatką i chlebem, całkiem smaczne.

Pomęczyłem trochę Alana i po kilku próbach udało się nam znaleźć aktualizacje umożliwiające instalację na Viście. Mam nadzieję że się uda.

Cały dzień padało, na szczęście z krótki przerwami akurat wtedy, gdy wychodziłem na ulicę. Pochodziłem po sklepach, kupiłem kartę do telefonu, jakieś jedzenie, byłem w kawiarence. W drodze powrotnej trochę pomyliłem kierunki i poszedłem złą drogą, ale nie była to wielka pomyłka, na szczęście. Wszyscy mówią że morze jest bliziutko i każdy dodaje, że to za daleko, żeby tam iść. Eleanor obiecała mnie zabrać tam autem w jakiś pogodny wieczór.

Trochę umęczyłem się z tym modemem, trzeba było zainstalować jakieś patche etc. Po kilku próbach już chciałem zrezygnować, ale spróbowałem uruchomienie bez wyłączania instalatora patcha. Poszło bez zarzutu i odpaliłem net. Jest późno, jutro pobudka o 6:20, idę spać.

03.07.2007

Jest wcześnie a już jestem po kawie. Miałem za mało snu, o 7:20 Betty, Mama Eleanor była na miejscu zbiórki, więc się z nią zabrałem. Ona chyba zaczyna rano w fabryce i tam przygotowuje napoje, potem przechodzi tu do biura. I pracuje do pierwszej. Dziś mają mi pokazać, jak się idzie pod fabrykę z biura. Powinienem też być przeszkolony z ichniejszego bhp, dostać kask, kamizelkę, ew. może nawet jakąś umowę dostać, może mi zrobią konto w systemie.

Postaram się pewnie też zainstalować Windowsa od nowa na dwóch lapciakach, bo jakieś problemy z nimi są. W każdym razie trochę roboty, na którą szkoda czasu innym ;)

Staram się przysłuchiwać temu, co gadają. Mam ciągle problem z rozumieniem irlandzkiego angielskiego. Jest on zdecydowanie bardziej irlandzki niż angielski. Jeszcze tak długo jak jestem w pokoju jest ok, bo goście mówią całkiem wyraźnie.

Darik’s Boot and Nuke – z tego teraz korzystam. Był jakiś problem z Blancco – nie działało. A muszę wyczyścić dysk bezpowrotnie. DBN działa bardzo wolno – od dwóch i pół godziny brnie z czyszczeniem. Przypadkiem usunęliśmy też bezpowrotnie partycję diagnostyczną, ale to raczej nie problem.

Na obiad lazania i sałatka. Smaczne.

Tak w ogóle to nie wspominałem, że w domu w ubikacji nie ma szczotki koło sedesu. Jest za to zielona woda.

Właśnie Polak przyjechał z Anglii po worki cementu, robiłem za tłumacza. Całkiem sympatycznie było.

Wieczorem nigdzie nie wychodziłem, posiedziałem na necie, ustawiłem Skype, takie tam. Pogadałem trochę z Eleanor o Polsce, poszedłem spać.

04.07.2007

Datownik mi się zepsuł w zegarku chyba. Jestem juz w pracy, kawy rano nie było. Zaczęło właśnie padać. Shane pokazał mi jak robić backupy. Właśnie czytam jakąs dokumentację o tym.

Cały dzień robię przy tym laptopie, który był wczoraj skończony. Cośtam szukam, słucham rozmów, takie tam.

Wieczorem byłem w mieście. W spożywczym najpierw znalazłem żarcie z Polski, potem gdzie nie poszedłem, wszędzie dokoła byli Polacy. A przy kasie apogeum – klient przede mną Polak, kasjerka Polka, pani z ochrony Polka. Przejmujemy Irlandię?

05.07.2007

W drodze dojazdowej miałem atrakcję. Kierowca dzisiaj nie wiedział, że jest nowe biuro i zawiózł mnie do starego, w samym środku fabryki. Ja myślałem że zna drogę na skróty jakąś, więc nic nie mówiłem. Ale dowiózł mnie w końcu i nie było problemu.

Wieczorem Alan przysłał mi do sprawdzenia jakąśtam wnerwiającą wiadomość, która się pojawia na Citriksie, żebym sprawdził, więc mam co robić rano. I zapomniałem jak się wchodzi na serwer z backupami.

Mam starszne problemy z wysławianiem się. Nie wiem co się dzieje, ale w pewnym momencie pojawia się chaos w głowie i mam problem z wydobyciem czegokolwiek z tego po angielsku.

Dziś dostałem dostęp do Citrixa. Jest MS Office chyba tylko, w Holandii bowiem było wszystko, w przeciwieństwie do lokalnych komputerów, na których był tylko klient do łączenia się. Najlepsze jest to, że nie mogę wywołać tej wiadomości.

Wreszcie spadł deszcz (11:00). Już się martwiłem, że dziś będzie dobra pogoda…

BTW: dzisiejszy odcinek sponsorują słówka:

  • transitive – przechodni

Dziś dostałem wypłatę. Jest tak:

  • za mieszkanie u Eleonory płaci firma

  • za transport płaci firma

  • za lunch płacę ja, ale firma dokłada sporo, więc wychodzi tanio

  • co tydzień dostaję w kopercie

Wnioskuję z tego, że umowy nie dostanę, jestem tutaj „nieoficjalnie”.

Pod koniec pracy zaczęliśmy rozmowę na temat maszyn wirtualnych. Shane testuje VMWare na potrzeby nowego frameworka. Korzystałem z tego i byłem pod wielkim wrażeniem, ale akcja z serwerami jest niesamowita. Wyobraźcie sobie, że macie cały serwer odpalony i musicie zrobić jakieś zmiany. Kilka kliknięć i już macie kopię serwera na boku, i operujecie na niej jak na żywym systemie. Wyjdzie – kilka kliknięć i kopia staje się rzeczywistym systemem. Nie wyjdzie – kilka kliknięć i od nowa robicie na czystej kopii serwera.

Po pracy wysiadłem w mieście. Pochodziłem po sklepach, poszedłem do domu nieco inną drogą. Wszedłem do domu i po 10 minutach jak nie luneło! Miałem niezłego farta.

06.07.2007

Dziś od rana szykuję laptopa gościowi. Ten, który miał dostać, ma za mało RAMu i felerne przyciski. Z kopią zapasową czekam na Shane’a, bo nie ma taśmy z piątku z tygodnia nieparzystego. Chyba że „Wk9” oznacza nieparzysty.

No to małe ożywienie. Dostałem dwie strony do przetłumaczenia, za co mam dostać ekstra pieniądze. Powiedzieli że to nie należy do moich obowiązków i jest czymś dodatkowym. Nie żebym narzekał, w końcu bardzo chętnie zrezygnuję na chwilę z „uzupełniania wiedzy” poprzez wikipedię, co wczoraj robiłem przez pół dnia :P

10:40 i jeszcze się na dobrą sprawę nie zachmurzyło. Może będzie ładna pogoda? (tak wiem, dobry żart). AKTUALIZACJA: 11:00 – pada.

Tekst jest w dużej mierze przetłumaczony, ale nie wiem czy dam radę wszystko przełożyć. Mam taką nadzieję.Dziś kończę wcześniej, bo bus jest o 15:20.

Popołudniu przeszedłem się przez Droghedę. Deszcz o jedenastej był króciutki, jeszcze jak wjeżdżaliśmy do miasta, padało, potem już było słońce.

07.07.2007

Rano wstalem, Eleanor opowiedziała mi, że wróciła o 3:00 i okazało się, że w kuchni jest kot. Ona nie cierpi kotów. Dostał się przez okno, narobił hałasu, próbował uciec przez szklane drzwi, podrapał żaluzje – wertykale, stłukł szklanki jakieś i dopiero uciekł. Musiała użyć odkurzacza, myślała, że uznam, że zwariowała – odkurzać o 3 nad ranem. Najlepsze jest to, że mnie nic nie obudziło! Sprzątnąłem nieco i poszedłem na dworzec – pojechałem do Dublina. Na miejscu byłem umówiony z Basią, z którą objechaliśmy cały Dublin autobusem wycieczkowym. Jest rzeczywiście sympatycznie, choć nie jakieś wielkie fajerwerki. Potem poszliśmy na pociąg i pojechaliśmy do Howth nad morze. Ależ tam pięknie! Jest też port, to mniej urokliwa część. Na miejscu dołączył do nas Brian. Nie obyło się oczywiście bez Fish&Chips. Miodzio. Zjadłem filet z dorsza z frytkami. Palce lizać. Brian wziął to samo, Basia wzięła kurczaka. Siedliśmy na murku i patrzyliśmy na port, wypatrując foki, które czasem do niego wpływają. Potem podeszliśmy w miejsce, w którym dużo ludzi wędkowało. Morze tak fajnie spokojnie szumiało. Potem poszliśmy na lody i siedliśmy z drugiej strony, patrząc w dal. Na koniec Brian podwiózł nas na wzgórze na północ od tego miejsca – Ben of Howth. Jacyś debile wywalili śmiecie na samym szczycie podjazdu. Trzeba być wrednym, żeby coś takiego zrobić. Z parkingu przeszliśmy ścieżką na miejsce, z którego widać cały Dublin. Widać było Dollymount Beach, całą zatoczkę, deszcz w oddali (taki słup wody od chmury do ziemi). Odwieźli mnie na pociąg, pojechałem do centrum i wsiadłem w autobus. Muszę wykminić gdzie jest dworzec kolejowy w Droghedzie, bo wtedy mógłbym wysiąść wcześniej z Darta (tak się nazywają pociągi jeżdżące po Dublinie) iwsiąść do liniowego do Droghedy. Po drodze udało mi się cyknąć kilka zdjęć deszczu w oddali, potem tęczę (te w Polsce wymiękają w porównaniu z tą irlandzką), potem dwie tęcze na raz (tak, dwie). Miły dzień się skończył. W ogóle jest 23:48, a niebo jeszcze nie jest całkiem ciemne. To zadziwiające – słońce zaszło dobrą godzinę temu.

08.07.2007

Dziś dzień lenistwa. Wstałem o 11:00 poszedłem na Mszę o 12:15 w kościele p.w. Św. Augustyna, obszedłem Droghedę, znalazłem kino, stadion Droghedy United, zjadłem na mieście, wróciłem do domu po 15.

Główna atrakcja dnia – piosenka Ronana Keatinga „You say it best when you say nothing at all” NA KOMUNIĘ!

RSS feed for comments on this post · TrackBack URL

Leave a Comment