07.25.07
Tydzień trzeci
Jedna trzecia pobytu już za mną.16.07.2007
Rano nie padało, ale było bardzo wilgotno i mgliście.
W pracy miałem dziś przejść szkolenie bhp. Ale gość, który miał mnie zabrać na miejsce, spóźnił się i szkolenie zaczęło się beze mnie, bo byli już pozostali. Jutro mam przejść szkolenie bhp.
Sprawdziłem jeszcze jedną drukarkę, sprzątnąłem kolejne niebieskie pudła, uzupełniłem tłumaczenie dokumentu, jeszcze trochę zostało, ale osoba, która mi to przekazała, jest teraz na urlopie i przed poniedziałkiem niczego się nie dowiem. Były jakieś problemy z Citrixem, ale Shane ubił mi wszystkie aplikacje i udało się ponownie uruchomić bez problemu.
Cały ranek nie było netu, dopiero w końcówce dnia, tak koło 13:00, pojawiło sie normalne połączenie. Bardzo się przydało, bo już było bardzo nudno po lunchu.
W końcówce samej Shane chciał zmienić jakąś drukarkę, więc jedną z działających laserówek umyłem.
Chyba też nie wspomniałem, że podpisałem 45 płyt, które musiałem w zeszłym tygodniu nagrać.
Wychodziłem z pracy – pogoda piękna. Ale nadciągały już chmury i z dystansu było widać, że leje tu i ówdzie. Ale to, co mnie złapało po wyjściu z busa, przerosło wszelkie doświadczenia z deszczem (no, może poza tym pogrillowym na miasteczku po pierwszym terminie PSI). Ulice zamieniły się w rzeki, lało z każdego kierunku, co chwila się zmieniało, deszcz leciał chyba pod kątem mniejszym niż 45% z podłożem. Całe spodnie mokre. Trochę się schowałem pod mostem kolejowym, potem ponownie w ulewę. Przyszedłem do domu gdy już nie padało. Jeszcze potem lekko pokropiło i koniec.
17.07.2007
Do pracy przyjechałem na czas, ale zapomniałem wziąć przejściówki do gniazdka, a laptop zdychał. Siedziałem na kompie Niala, tego nie ma cały tydzień, więc nie ma problemu. Ależ nudno było. Skończyliśmy z pudełkami, przenieśliśmy je z magazynu do takiego innego pomieszczenia gospodarczego, gdzie stały stare szafy z serwerowni. Idealne na pudełka po materiałach z komputerów. W magazynie zrobiło się pełno wolnego miejsca, może jutro jeszcze trochę popracuję nad tym. Ułożę telefony w jednym miejscu, złom w jednym etc. I właściwie zostało mi już jedno zadanie w helpdesku – zorganizować złomowanie serwerów starych. To chyba te bydlackie pecety w magazynie. Muszę zrobić listę niedziałających rzeczy, może wszystko pójdzie na złom. Generalnie jest to zadanie najtrudniejsze i jeszcze nie zacząłem go realizować. Bo dzwonić trzeba i w ogóle, a ja nie bardzo się garnę telefony odbierać i używać. Odbiorę jeden telefon, a potem przez godzinę się emocjonuję, czy dobrze zrozumiałem, czy dobrze napisałem, o kogo chodzi etc. Cały dzień padało, potem wyszło słońce pod wieczór. Akurat wtedy pojechałem na plażę z Wendy (tzn. Wendy mnie zawiozła), abym mógł obejrzeć jak grają w rugby jakieś takie specjalne, gdzie mają dwa paski na rzepy przypięte do spodni przy biodrach i zamiast powalać rywala, trzeba oderwać mu pasek, dzięki czemu i dziewczyny mogą występować. Całkiem fajnie to wyglądało, ale bardziej mnie zainteresował odpływ, poszedłem do samej wody, a ta cofnęła się całkiem konkretnie. Porobiłem trochę zdjęć, pooglądałem.
Jedna uwaga, gdy jesteście nad wodą w Irlandii. Tu temperatury nie przekraczają 28 stopni, jak zamoczycie buty, nie wyschną momentalnie jak w Polsce, potrzeba dwóch-trzech dni.
Coś mi się porobiło z internetem, jakbym miał poblokowane porty dla stron. Masakra. Generalnie nie mogę się z niczym połączyć, tylko gg i Skype działają, to i tak już jest wiele.
18.07.2007
Co za nudy! Znów długo kopia zapasowa się robiła, więc o 8:10-20 było gotowe. Już przyniosłem taśmy ze wczoraj, czekam na maile w MailMarshalu, bo to jedyna rozrywka, ale nie mogę się z nim połączyć dziś.
Z netem chyba rzeczywiście przegiąłem i go nadużyłem, na to wskazuje jego zachowanie. Zobaczymy jak się sprawa rozwinie. Mówiłem o tym Alanowi, miał kogośtam zapytać.
Poszukałem trochę noclegów w Galway, sprawdziłem wszystkie monitory lcd w magazynie, teraz znalazłem jeszcze jedną drukarkę i czekam na instrukcję, żeby wydrukować stronę testową.
Porobiłem jeszcze trochę porządków w magazynie. Jeszcze trochę przede mną, ale inaczej siedziałbym cały dzień i nic nie robił właściwie.
Zabrali mi modem, ktoś go potrzebował, zobaczymy, czy im zadziała normalnie. Wieczorem nie będę miał neta.
Pogoda popołudniu była nawet ładna, ale potem zaczęło padać. Obejrzałem jakąś koszykówkę w telewizji, takie tam.
19.07.2007
Dziś nie ma Betty – poleciała z Eleonorą na Wyspy Kanaryjskie. Przejrzałem maile, stronę, dostałem zlecenie na helpdesku – poinstalować rzeczy na kompie do obsługi mainframe’a. Właśnie skończyłem – jest 11:30.
Dostałem już też kolejne zlecenie – jakiś błąd nieznanej natury na klientach łączących się z serwerem. Okazuje się, że u nas nie wyskakuje.
Większość dnia nie robię nic konkretnego. Popołudniu piękna pogoda, ale już mi się nie chce ruszać. Zrobiłem zakupy na jutro na obiad, obejrzałem mecz, film jakiś i spać. Strasznie nudno be modemu.
20.07.2007
Kopia, MailMarshal, nudy. Tak się zapowiadał dzień. Alan latał od spotkania do spotkania. Shane rozwiązywał sprawy bieżące, ja się załapałem na odzyskiwanie danych z jakiegoś niedziałającego laptopa. Podpiąłem dysk do innego laptopa, odpaliłem Knoppixa i po kilku perypetiach udało się skopiować pliki z mailami z Outlooka(chodziło o niezarchiwizowanego maila z 2005 roku, który mógł być gdzieś na dysku laptopa, zepsutego przez zatopienie). Dwa pierwsze pliki sprawdził Shane, nie działały, zostały dwa.
Fajnie było poszperać na linuksie.
Dziś jakiś wybrakowany dzień. Zamówiłem lunch razem ze wszystkimi – wziąłem dla siebie dorsza z frytkami, a ktoś nie wziął z baru, dostałem same frytki. Potem nie przyjechał po mnie bus, odwiozła mnie osoba z pracy.
Rodzice przyjechali przed 17:00. Poszliśmy do domu, zrobiliśmy na obiad łososia w jakimś dziwnym orientalnym sosie, pogadaliśmy, Tata pospał, pooglądaliśmy TV, jest 23:00. Rodzice przywieźli pełno jedzenia, w tym siatkę słodyczy. No tak, w końcu skoro odmówiłem wzięcia czterech batonów na drogę, to tylko dlatego, że wolę hurtem, na pewno nie chciałem zredukować spożycia słodyczy.
Jutro pobudka o 5:00, o 7:00 autobus, a jeśli nie to o 7:20, a potem z Dublina o 9:00, a jeśli nie to o 10:00.
21.07.2007
Wstaliśmy po 5:00, zjedliśmy śniadanie, o 7:00 wsiedliśmy w 100X, w Dublinie zdążyliśmy na 8:00 na autobus do Galway. Na miejscu znaleźliśmy informację, tam nam wyjaśnili, że mieszkamy daleko i będzie się długo szło, co oznacza mniej więcej, że z prędkością rodziców (ślamazarną) będziemy szli bardzo długo, więc lepiej wziąć taksówkę albo autobus. Ale jak doszliśmy do parku w centrum, przeszliśmy przez ulice handlowe, a jak przeszliśmy przez ulice, doszliśmy do mostu, jak doszliśmy do mostu, doszliśmy do morza, a jak byliśmy nad morzem, to już nie było taksówek, a przystanki autobusowe nie wiedzieliśmy gdzie są, z resztą faceta zrozumieliśmy w informacji, że dojeżdżają do morza i tyle. Więc idziemy. Po jakichś 15 minutach ślimaczenia się wzdłuż morza Mama zaczęła wypominać jaki to tragiczny pomysł, że ona jedna tak mówiła a my jak zwykle nie słuchaliśmy jej, że niby facet powiedział gdzie mamy iść, ale że nie wiedział, że to nauczka żeby nie zamawiać przez internet, że wybraliśmy się bez przemyślenia, że wszystko źle, że idziemy na sam kraniec wszystkiego, że już domy się kończą i inne takie tam. Przy polu golfowym uparła się, że to nie wzdłuż drogi, tylko w około pola trzeba przejść, więc poszliśmy, po czym w momencie, gdy powrót do drogi oznaczał przejście w sumie trzy razy dłuższej trasy, niż została do dokończenia obejścia pola, że musimy wracać, bo nawet nie wiemy czy jest przejście, bo droga bez sensu, bo to że na mapie widzimy przejście nie oznacza, że ono tam jest etc.
Po 15 minutach doszliśmy na miejsce. Facetowi powiedzieliśmy, że szliśmy z centrum Galway, a on „Why?”. Nic dziwnego, że był zdziwiony, ale Mama jeszcze się upierała, że to było z 7 kilometrów a nie 2 mile. A okazało się jednak, że dwie. Nic to, poleżeliśmy trochę, pospaliśmy, była jednak 15:00, jak doszliśmy, więc ok. 18:00 poszliśmy szukać jedzenia, bo przecież „Salthill” to kurort Galway, to na pewno coś dobrego znajdziemy.
Gdy już doszliśmy do ulic handlowych w centrum Galway (tak, całą tą drogę), mijając kilka fast foodów i restauracje, które nie były dobre, bo nie było w nich bliżej nie zdefiniowanego tradycyjnego irlandzkiego jedzenia, gdy mój pomysł pójścia do fish&chipsa został obalony, bo Tata chciał pójść do baru i nie chciał zrozumieć, że pub to nie bar szybkiej obsługi, a restauracje odpadały, bo szukał w nich ryb, postawiłem na swoim, że mamy iść do fish&chips i tyle. Na miejscu okazało się, że połowa lokalu to zwykła restauracja, jedyne miejsce znalezione, gdzie było więcej niż 5 dań rybnych. Więcej, obsługiwała nas kelnerka z Polski. Więcej, rodzice byli zadowoleni, najedzeni i wreszcie spokojni. Uzgodniliśmy że wrócimy autobusem. Po zapłaceniu ruszyliśmy w pieszą trasę powrotną. Dobrze, że sprawdziliśmy chociaż jak są Msze w Salthill, bo tak byśmy pewnie co skrzyżowanie zmieniali pomysł co do kościoła i nie poszlibyśmy nigdzie.
Wieczorem obejrzałem dwa odcinki poławiaczy krabów w Discovery. Nie działał przycisk wyłączający na pilocie i usnąłem zanim wstałem, by wyłączyć tv. Mama się obudziła i wyłączyła.
22.07.2007
Pobudka ok. 6-7, zależnie od osoby. Na śniadanie o 8:00 przyszliśmy, podajacy nie spodziewali się chyba, bo jeszcze jadalnia była zamknięta. Żarcie obłędne – smaczne i duzo. Lepiej – obsługiwała nas pani z Polski, jeszcze była jej koleżanka, ale siedziała w kuchni. Porozmawialismy nieco i opuściliśmy dom, poszliśmy na Mszę. Ze Mszy poszliśmy do miasta, po drodze rodzice głosili peany, jak to wspaniale, że mieszkaliśmy tak daleko, że dzięki temu cztery razy przespacerowaliśmy się wzdłuż brzegu zatoki. Żeby przełamać schemat OutsideSightseeingPattern (chodzenie ulicami i ogłaszanie „tu stoi to, tam stoi tamto”), zaproponowałem zajrzenie do Akwarium Narodowego czy jakoś tak, po drodze. Fajne nawet, rybki pooglądalismy, takie tam. I dostałem zniżkę na polską legitkę ;]
Stamtąd poszliśmy do centrum, w centrum uruchomiony został wspomniany wyżej pattern, weszlismy tylko do katedry, minęlismy teatr, sąd, jakieśtam okno, gdzie jakiś burmistrz swojego syna za morderstwo powiesił, bo nikt z miasta nie chciał dokonać egzekucji, „ten zamek co o nim pisali” (nikt do końca nie wiedział jaki, czemu pisali i czy to było to, ale ok). Na Shop St. Poszliśmy Bagle Bar, gdzie obsługiwały dwie Polki, do sklepu z pamiątkami, gdzie pracował Polak, po drodze rozstawiali się gracze i stacze, oraz show-makerzy, w tym pan jak-mu-tam z Polski, z kozią bródką, co na gitarze gra i się na cowboya stroi. Byliśmy w Body Shop, bo dziewczyny chciały żele pod prysznic, a mi się mydło kończy, przeszliśmy się trochę i poszliśmy na autobus. Po drodze usłyszałem w radiu o tym autobusie z pielgrzymami, ale co stacja/informator to inna wiadomość, więc może we wtorek już będzie wiadomo o co chodzi w necie.
W Dublinie na Busaras burdel, miał jechać 100X, pojechał 101 i to jeszcze po dziwnej trasie chyba. Anyway, dojechaliśmy do Droghedy, zrobiliśmy zakupy, W domu mi się oberwało, że nie chciałem więcej kupić, zauważyłem też, że jem zdecydowanie wolniej niż rodzice. I że póki co ważę więcej, niż przed przyjazdem, co mnie mobilizuje, by jednak już nie jeść. Trochę TV i spać. Dobrze, że jutro wziąłem wolne.