08.02.07

Tydzień czwarty

Posted in Irlandia at 11:09

Coraz mniej nowego, ale zawsze coś.

23.07.2007

Rano pobudka koło 9:00 – rozkosz. śniadanie, trochę książki, trochę tv, poszliśmy do miasta. Przeszlismy całą West Street, zjedlismy ciacho, nie mogliśmy się porozumieć co do miejsca, gdzie zjemy obiad. Z West Street poszlismy do Scotch Hall, ze Scotch Hall na West Street, wszystkie opcje jedzeniowe po drodze odpadały. Poszliśmy do ostatniej pozostałej restauracji. Prosta, mały wybór, dorsz był smaczny, nikt w końcu nie narzekał. Zrobilismy zakupy, Mama swoim zwyczajem nakupowała przypraw, olejków, esencji etc. Wróciliśmy do domu, posiedzieliśmy trochę przy tv, rodzice z bliżej nie sprecyzowanych przyczyn zabrali się za sprzątanie. Jeszcze zamiatanie w kuchni rozumiem, natomiast sprzątnięcie w szopce w wykonaniu Taty rozwaliło mnie. Ale obiecałem, że następnego dnia skoszę trawę. Wieczorem nagrałem rodzicom zdjęcia, przypadkiem wszystkie, które mam na kompie. Wieczorem jeszcze trochę książki.

No właśnie, nie wspomniałem, że książkę czytam namiętnie. Jestem koło 260. strony, za połową książki. Strasznie popaprana, facet ma zakręconą rodzinę, skomplikowane życie, dziwne doświadczenia, takie tam. Nic dziwnego, że został programistą :D

24.07.2007

Pogoda w Irlandii się zepsuła. Nie wiem o co chodzi, to bardzo dziwne. Od piątku prawie nie pada. Dziś jeszcze się nawet nie zachmurzyło. Jak spadnie deszcz, uspokoję się.

Właśnie okazało się, że wysłałem maila z tym tłumaczeniem do złej osoby. Trudno, to tylko tydzień opóźnienia. Może teraz się uda szybko nadrobić.

Ciągle nie pada, ale przynajmniej więcej chmur jest. Dziś nie robię właściwie nic konkretnego. Zobaczymy, czy coś wyjdzie w ciągu dnia.

Pogrzebałem trochę przy zgłoszeniu sprzed tygodnia, ale nic nie wskórałem, jak nie działało tak nie działa, tzn działa (SOA#512: http://pl.wikipedia.org/wiki/SOA). W każdym razie zgłosiłem w helpdesku, żeby nie było, że siedzę tu tylko na forach, jem tanie lunche i inkasuje pieniądze za tydzień siedzenia.

Alan wreszcie wrócił, zapytam go o modem w wolniejszej chwili…

Robi się ze mnie rasowy pracownik biura informatycznego. Kawusię, ciasteczko, kilka pierdółek do zrobienia i podróże internetowe cały dzień. Tylko nie boję się czyszczenia klawiatur i ekranów. Jutro jeśli nadal będzie nudno, sprzątnę jeszcze trochę w magazynie. Za każdym razem zostawiam sobie potencjał na następną nudę. Kable są ułożone, monitory ułożone, drukarki ułożone. Teraz pójdą na tapetę telefony, dwa monitory crt, komputery, może postawię jakieś ubuntu na którymś, ale to zobaczymy ;)

Odzyskanie maili zakończyło się niepowodzeniem. Odczytane pliki miały liczne uszkodzenia, błędy i braki, co zaowocowało niedokończeniem otwierania do odczytu.

Cholera, słońce.

Dziś mogę dostać modem, Alan dzwonił, ponoć zamówili w zeszłym tygodniu dwa. Powinienem też dostać drugą kartę, ale tą przetestuję jeszcze. Na pewno muszę zacząć oszczędzać na transferze. Koniec ze Skype video.

Sprzątnąłem trochę w magazynie, umyłem klawiatury, nawet nieźle to wygląda, da się wejść do magazynu bez potykania się o pudła.

Dostałem modem! Akurat jak wychodziłem z pracy, ktoś przyniósł zapasowy i zapowiedział, że nowy przyniesie, jak będzie.

Dziś po raz pierwszy widziałem Głośnego Jima bez czapki na głowie. Nie rozpoznałem go, myślałem, że ktoś nowy wraca z fabryki z nami. Do wczoraj myślałem, że Jim jest zrośnięty ze swoją czapką, zawsze nosił ją naciągniętą na głowę tak akurat nad uszami. Dziś było nas tylko troje w busie.

Zgodnie z zapowiedzią, skosiłem trawnik. Masakra, nie dziwię się, że ludzie nie używają koszy do kosiarek, tylko zostawiają trawę, dwa worki mi poszły na trawę z może 20 m kw.. Inna sprawa, że trawnik Eleonory nie był koszony od dawna, trawa w niektórych miejscach sięgała 40 cm wysokości, po metrze przejechanym przez kosiarkę, musiałem opróżniać kosz. Trawa pod spodem była już nieco pożółkła, teraz może zzielenieje na nowo, bo raczej nie wyschnie.

Zaktualizowałem firmware i podpiąłem się do netu. Rozmawiałem z Gosią.

Wieczorem zaczęło padać, wreszcie coś normalnego.

25.07.2007

Jestem już po scone ( http://en.wikipedia.org/wiki/Scone_(bread) ), kawie i herbacie. Jest 10:00 i kompletnie nie mam co robić, pewnie znów pogrzebię w magazynie.

Buty mnie obtarły. Wiem, że nie powinno się zakładać nowych butów od razu do pracy, ale jak inaczej miałem zrobić, gdy ze starych mi się odkleiła guma z obcasu? W kłapciuchu chodzić?

Ten tydzień jest jakiś taki bierny dla mnie. Dziś jeszcze musiałem przegrzebać logi serwerów, bo kopie zapasowe się robiły długo. Okazało się, że to z powodu jednoczesnego robienia kopii zapasowych i prac konserwacyjnych na serwerze, przez co robienie kopii się rozciągało w czasie. Shane przestawił prace na rozpoczęcie o 2:00, może to pomoże.

W porywie dalszych nudów przeszedłem do działania w magazynie. Kolejne pudła wyrzuciłem, poprzenosiłem rzeczy w lepsze miejsca, podłoga jest już prawie w ogóle nie używana. W sumie to było dość ważne, bo wcześniej w wejściu stały pudła z kopertami, teraz poprzenoszone w inne miejsca. Poprzekładałem taśmy do igłowych drukarek, takie tam.

Na lunch zjadłem kurczaka. Wszedłem do kuchni, a tam wszystkie trajkotki firmowe w najlepsze trajkotały, a posród nich Nial się mordował. Wycwaniłem się, gdy Carol odgrzała mi żarcie, wziąłem talerz i podreptałem do pokoju. Hue hue hue.

Trochę padało w ciągu dnia, ale przeważa słoneczna pogoda.

A niech to dunder świstnie, jest 15:00 a ja cierpię z nudów…

Zaczęło padać.

Udało mi się zrobić skrypcik, który kontroluje, czy radio oazowe działa. Teraz nie powinno być akcji z wielodniowym niefunkcjonowaniem.

26.07.2007

Dziś jest bardzo nijak. Nie pada, nie ma słońca, nie ma wielkiego zachmurzenia, nie ma czystego nieba. Tylko buty jakoś tak ciągle obcierają.

Chyba już ten stary modem działa, może się miesiąc skończył. W każdym razie jeszcze czekają na nowy, a ja mam „zapasowy”.

Ale się rozpadało!

Pokazałem Alanowi co gdzie leży w magazynie, był pod wrażeniem możliwości otwarcia drzwi do oporu.

Jeden z butów już chyba nie obciera, w każdym razie prawa noga boli mniej podczas chodzenia, jest jeszcze problem z lewą, która boli trochę. Mam odciski na obu.

Przestało padać, zniknęły chmury. To było szybkie.

Poszedłem do magazynu, orpóżniłem dwa pudła, znalazlo się miejsce na dwa zepsute faksy i dwa bębny do nie wiem jakich drukarek, w każdym razie wyglądają na nowe. Mógłbym zacząć robić spis rzeczy, których możnaby się pozbyć z magazynu. Jest tego trochę. Dziś doszły dwa komputery, przewód z gniazdem do siły i kilka skrętek.

Na lunch coś w stylu sajgonek, ale tylko dwie sztuki, więc nie pojadłem. Potem jakiś mail uwolniłem, nie za wiele dziś mam do zrobienia. Właściwie nic.

W pokoju rozmowa o komputerach nie wpiętych do domeny. Ciekawa sprawa, co zrobić z ludźmi, ktorzy nie podpisali Policy.

Bus mnie nie zabrał z pracy, odwiozła mnie dziewczyna z HR, nie pamiętam jej imienia.

Eleanor wróciła, opalona i w ogóle. Rodzice jej zostawili mały prezencik, była bardzo wdzięczna.

27.07.2007

Co za uroczy dzień. Rano wstałem bez problemu.

W pracy niesamowicie leniwi wszyscy, pierwsze 3-4 godziny gadaliśmy o niczym związanym z pracą, rozsyłalismy sobie śmieszne rzeczy.

Shane znalazł informację, że dziś jest dzień administratora i wysłał do HR, że czekamy na drogie auta sportowe i prezenty. Drobna przepychanka na żarty z HR jeszcze nikomu nie zaszkodziła ;]

Ależ mi się nic nie chciało. Dokończyłem sprzątanie magazynu, już kompletnie nie wiem, co można tam jeszcze zrobić. Umówiłem się z Alanem, że sprawdzę czy wszystkie komputery działają w następnym tygodniu.

Na lunch poszliśmy do stołówki pracowniczej na zakładzie. W drodze powrotnej poszliśmy po kask i okulary ochronne dla mnie, bo ktoś buchnął bonusowy kask od naz z pokoju. Potem sobie wydrukowałem naklejkę z moim imieniem i nazwiskiem i nakleiłem na kask. A co! ;]

Znów bus po mnie nie przyjechał, podrzuciła mnie Wendy.

W domu usnąłem przed telewizorem. Gdy się obudziłem, okazalo się, że Eleanor poszła po żarcie i właśnie wróciła z frytkami dla mnie. Z octem. Nic szczególnego.

Wieczorem oglądałem sobie tv i usnąłem przed nim, na niezbyt wygodnej kanapie, choć nie przeszkadzalo mi to nadmiernie podczas snu. Obudzilem się o 5:00, poszedłem do pokoju, popatrzyłem w kompa, bo jeszcze działał i poszedłem spać na górze.

28.07.2007

Wstałem koło 10:00, posiedziałem przy kompie, posprzątałem i pojechałem o 13:00 do Dublina.

Pochodziłem po sklepach. Trochę nadziei wiązałem z największą księgarnią w Dublinie (ponoć), ale zawiodłem się niestety. Owszem, dział informatyczny bardzo rozbudowany, ale jeśli najbardziej zaawansowane książki to poradniki typu „kurs włączania komputera”, nie znajdę tam zbyt wiele dla siebie. Przed następnym wyjazdem muszę zrobić jakiś wywiad, gdzie znajdę jakieś ciekawe książki.

Oglądałem trochę gadżetów i nie wiem, co będę chciał kupić jako pamiątki. Myślałem o piłce do rugby, albo wersji mini, flet, choć niekoniecznie. Najbardziej kręcą mnie te ich bębenki, są genialne. I oczywiście koszulki dla ludzi jako prezenty. Powoli szykuję fundusz nadbagażowy, nie mam innego wyjścia.

Zadzwoniłem do Basi, akurat była na Grafton St, więc się spotkalismy na kawę i ciacho. Poznałem też Justynę i jej 6-tygodniową córeczkę. Urocze ;]

Poszedłem do Burger Kinga na sałatkę z kurczakiem i lody. Potem do kina na The Simpsons Movie. Spodziewałem się czegoś w stylu niczym nie wyróżniających się, sklejonych kilku odcinków telewizyjnych. Nie zawiodłem się.

Szybko poszedłem na autobus, akurat zdążyłem na 100X, wróciłem do domu, pooglądałem TV, posiedziałem przy kompie, poszedłem spać.

Eleonora była na jakimś wieczorze panieńskim, potem na imprezie ze znajomymi. Ok. 4:00 przyszli do domu napić się drobnego upominku od rodziców. Obudzili mnie.

29.07.2007

Wstałem o 10:00. Standardowa niedziela – poszedłem na 12:15 do Św. Agustyna, potem na basen, na siłownię (chyba w tym tygodniu pójdę i wykupię karnet na 10 wizyt, będę miał motywację, żeby wykorzystać). Potem poszedłem na lody do McDonaldsa, kupiłem zbyt pikantną pizzę na obiad, pooglądałem trochę tv, posiedziałem na necie. Trochę padało.

1 komentarz »

  1. ssk said,

    08.03.07 at 10:41

    też myślałam kiedyś o zostaniu programistką ;)

    a pogoda to widzę, jak w NL…

    pozdrawiam :)

RSS feed for comments on this post · TrackBack URL

Leave a Comment